Zaznacz stronę

W Polsce istnieje ponad 150 hospicjów, które obejmują opieką paliatywną nieuleczalnie chorych. Jednym z takich ośrodków jest katowickie Hospicjum Cordis. To dom dla tych, którzy przegrali walkę z chorobą. Jak wygląda życie z wyrokiem?
W hospicjum są dwa oddziały: dla dorosłych i dla małych pacjentów. Na oddziale dziecięcym przebywa obecnie pięcioro z nich. Jeden dwunastolatek, reszta to dzieci w wieku czterech lat. Zwykle w ciągu dnia wszyscy gromadzą się w świetlicy, ale nie słychać tu wesołych okrzyków, jest raczej cicho. Małą Zuzię na rękach nosi siostra oddziałowa, dziewczynka zasypia. – Pracuję tu od 17 lat, trafiłam zaraz po szkole do hospicjum i nie wyobrażam sobie już pracy w żadnym innym miejscu, choć człowiek na początku nie wiedział, na co się pisze. Gdybym wiedziała, może by mnie tu dziś nie było. W hospicjum człowiek zżywa się z każdym pacjentem, ale on prędzej czy później odchodzi – opowiada Barbara Kuczek, siostra oddziałowa.
Hospicjum Cordis swoją działalność rozpoczęło 22 lata temu w Mysłowicach. Wtedy młoda lekarka, Jolanta Grabowska zdecydowała się na jego poprowadzenie. – Byłam członkiem komitetu obywatelskiego w roku 89, po wygranej Solidarności, na zebraniu przydzielono mi stworzenie hospicjum. Choć chciałam być pediatrą musiałam zweryfikować swoje plany. Wtedy, jako młody lekarz dowiedziałam się, że człowiek nie musi umierać w bólu – wspomina dr. Jolanta Grabowska-Markowska. To był impuls dla powstania hospicjum Cordis.
Budynek w Mysłowicach był siedzibą hospicjum przez wiele lat, ale nie nadawał się dłużej do użytku więc hospicjum przeniesiono do katowickiej dzielnicy Janów. W nowej lokalizacji jest 38 miejsc. Pobyt jest całkowicie bezpłatny. – Każdy chory ma tu swój pokój z łazienką, który może sobie urządzić wedle uznania. Choć żyjemy wspólnie, czasem nadchodzi moment, że pacjent chce zostać sam. Staramy się mu to zapewnić – dodaje pani doktor.
Hospicjum ma być jak dom – ciepły i bezpieczny. Na chorych czeka tu opieka psychologiczna i duchowa, ale hospicjum nie jest przymusem. – Powrót do domu jest możliwy w każdym momencie. To nie jest miejsce ostatecznie, a niektórym się wydaje, że z hospicjum się nie wychodzi – mówi pani dyrektor.
Chorzy mają do dyspozycji ogromną salę, gdzie odbywają się zajęcia terapeutyczne. Wolontariusze zachęcają do malowania czy szydełkowania. Często ze strony chorego pada pytanie: po co mam to robić? Kiedy się dowiaduje, że te rzeczy mogą zostać sprzedane na aukcji i wspomóc hospicjum przestaje pytać. Codziennie pacjenci dostają pięć posiłków, są one zróżnicowane, bo nie wszyscy chorzy mogą jeść to samo. Jednak gdy pacjent np. prosi o pomidorówkę, zwykle na następny dzień ją dostaje. Zabiegi i poradnia także dostępne są w elastycznych godzinach.
W ośrodku pracują też rehabilitanci. Ich zadaniem jest codzienne ćwiczenie z chorymi. – Zdarza się, że ktoś odmawia ćwiczeń, nie widzi sensu. Ważne jest wtedy wyznaczanie celów i pokonywanie ich. Zresztą ćwiczenia w grupie motywują – nikt nie chce odstawać od reszty, dlatego bardziej się stara – opowiada Agata Strzelecka, rehabilitantka na oddziale dla dorosłych.
Sposób przyjęcia do hospicjum warunkuje kontrakt z NFZ. – Do naszej poradni najlepiej przyjść ze skierowaniem od lekarza pierwszego kontaktu. Tam zostaje podjęta decyzja czy chory trafi do hospicjum na stałe, czyli na tzw. pobyt stacjonarny. Może też zostać zakwalifikowany do opieki domowej czy do pobytu dziennego, kiedy pacjent jest codziennie dowożony do ośrodka, otrzymuje posiłki i opiekę – opowiada dr Jolanta.
Aby zostać wolontariuszem wystarczy przyjść i zapytać. Można zostać wolontariuszem akcyjnym, czyli kimś, kto pomaga w organizacji różnych wydarzeń, jest też w stanie coś uprzątnąć bądź naprawić na terenie ośrodka. Taka osoba nie musi mieć ukończonych 18 lat. Drugim rodzajem wolontariatu jest tak zwany medyczny, w którym ma się kontakt z pacjentem. W tym przypadku wymagana jest pełnoletność, zawód nie jest ważny. Taka osoba jest potrzebna chociażby po to, aby posiedzieć z chorym. – Wolontariusz, który chce pomagać w hospicjum musi być pogodzony ze sobą i wiedzieć czego chce od życia. On nie przychodzi tu na autoterapię. Jeśli ktoś ma taki zamiar, niech najlepiej od razu zrezygnuje – mówi nam Małgorzata Janicka, koordynatorka wolontariuszy.
Pokora, cierpliwość, wytrwałość i umiejętność pracy w grupie. Takie cechy powinien mieć wolontariusz. Najpierw przeprowadzana jest z nim rozmowa, potem ankieta z psychologiem. Na tej podstawie dokonuje się oceny kandydata. – Często przychodzą do nas osoby w żałobie, które czują, że przez pomoc u nas poradzą sobie ze stratą. Im odradzamy wolontariat – wyjaśnia pani Małgorzata.
Wolontariusze przychodzą raz, dwa razy w tygodniu na kilka godzin. Personel hospicjum też zmienia się co kilka godzin. Wszystko po to, żeby wytrwać w tej pracy, nie wypalić się. Często też ktoś z nich płacze, ale wzruszenie i łzy nie są tu niczym złym.
Jednym z wolontariuszy, który od kilku lat przyjeżdża do hospicjum jest Roksana. Ta młoda kobieta, którą na korytarzach widuje się zwykle z wiertarką czy śrubokrętem, spełnia się w nietypowej roli – jest „złotą rączką”. – Jestem wolontariuszem od czterech lat. Wszystko zaczęło się, kiedy w szkole zorganizowali wyjazd do hospicjum. Raz przyjechałam i zostałam. Zwykle przyjeżdżam tu dwa razy w tygodniu, głównie w soboty na kilka godzin – opowiada Roksana, studentka z Piekar Śląskich.
Hospicja w Polsce pojawiły się dopiero w latach 80. Dlaczego? Ponieważ to miejsca, których powstanie wymusiła rzeczywistość. – Chory, który dawniej odszedłby szybko dziś, ze względu na rozwój medycyny, żyje. Należało zatem przeformułować pojęcie pomocy dla drugiego człowieka. Dawniej wystarczyło potrzymać go za rękę. Teraz potrzebuje on kompleksowej opieki, którą zapewnić może tylko pełny zespół pielęgniarek, lekarzy, psychologów, rehabilitantów, księży, terapeutów zajęciowych i wolontariuszy – tłumaczy doktor Jolanta Grabowska-Markowska.
W którym momencie choroby hospicjum staje się niezbędne? Powinni tu trafić ci, którzy już wiedzą, że przegrali walkę z chorobą. Takie osoby mogą uczęszczać na terapię, korzystać z poradni lub po prostu pozostać na stałe. – Wcale nie trzeba czekać na moment, aż stan zdrowia pacjenta będzie bardzo zły. Tutaj pracujemy nad życiem godnym do końca. Często chory zgłasza się do nas zbyt późno. Zostaje wtedy niewiele czasu na uporządkowanie i zamknięcie różnych spraw, a z obserwacji wiemy, że tak łatwiej umierać – wyjaśnia dr Grabowska.
A jak rozmawiać o śmierci? Nie istnieje na to uniwersalny patent. Nigdy jednak żaden chory, przebywający w hospicjum Cordis nie poprosił o przyśpieszoną śmierć. – Współczesne rozmowy o eutanazji świadczą o naszej nieudolności. Człowiek prosi o to, kiedy jest osamotniony, kiedy nieumiejętnie uśmierza się jego ból, nie zabezpiecza jego potrzeb. Opieka nad śmiertelnie chorym wymaga jednak pieniędzy, więc większość rozmów o eutanazji krąży wokół tej kwestii. Niektórym się wydaje, że zamiast wydawać pieniądze na zespół medyczny wystarczy jeden zastrzyk. Jeśli tak będziemy myśleć to wrócimy do czasów faszyzmu – mówi pani dyrektor. Hospicjum to nie alternatywa wobec eutanazji, to ostry sprzeciw – Jeśli ktoś mówi o eutanazji, zawsze pytam, co takiego zrobił, żeby ulżyć drugiemu człowiekowi – okazuje się, że nic. Może gdyby wciągnęli do niego rękę, ten człowiek nie poprosił by o śmierć – podsumowuje dr Jolanta Grabowska.
Jeżeli chcesz przekazać 1 procent podatku na Hospicjum Cordis do rocznego zeznania PIT należy wpisać: Społeczne Towarzystwo Hospicjum Cordis oraz numer KRS 0000040314 Adres: ul. Teofila Ociepki 2, 40-413 Katowice Numer konta: 89 1240 4315 1111 0000 5300 6941