Zaznacz stronę

Gołębiarstwo na Śląsku ma swoją długą i bogatą historię. To właśnie tutaj górnicy i hutnicy zakładali jednez pierwszych hodowli gołębi pocztowych w kraju. Wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie przetrwałado dziś. Mimo to coraz mniej osób chce kontynuować tę tradycję.Zaczęło się 94 lata temu w Rybniku. Pierwsze hodowle były nieliczne i niezorganizowane, co wynikało ze słabej znajomości wielu podstawowych zagadnień tego sportu. W krótkim czasie powstały tu jednak prężne towarzystwa skupiające najlepszych hodowców w kraju. – Hodowanie gołębi pocztowych szybko stało się popularne w całym województwie. Myślę, że dla wielu górników i hutników była to ucieczka od codzienności, odpoczynek po ciężkiej szychcie. W 1923 roku zaczęto organizować pierwsze loty konkursowe. W tym okresie trudno było znaleźć rodzinę górniczą, w której nie byłoby hodowcy lub miłośnika gołębi pocztowych – mówi Andrzej Szaton, wiceprezes ds. lotowych Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych – Okręg Katowice.Gołębiarze zgodnie przyznają, że uprawianie hodowli wciąga jak każde inne uzależnienie. Jest to jednak drogie i czasochłonne hobby. Koszt jednego osobnika waha się od kilkuset złotych do nawet kilkudziesięciu tysięcy euro. Aby osiągać dobre wyniki, hodowcy muszą również poświęcać swoim pupilom od czterech do pięciu godzin dziennie. Gołąb zaczyna trening już po kilkunastu tygodniach od wyklucia. Na początku jest wywożony na nieznaczne odległości, by z czasem systematycznie je zwiększać. W kręgu 300 kilometrów eliminuje się już osobniki, które nie mają predyspozycji do dalekich lotów. – Nie chodzi tylko o to, żeby gołąb wrócił do domu, ale żeby zrobił to w jak najkrótszym czasie. Zdarza się tak, że nie potrafi odnaleźć drogi do domu i bezpowrotnie ginie. Gołąbek potrafi w pięć godzin pokonać nawet 500 kilometrowy dystans. To oznacza, że jego średnia prędkość to 100 km na godzinę. Tak rewelacyjny wynik jest jednak możliwy tylko przy sprzyjających warunkach atmosferycznych. Do dzisiaj prowadzone są badania próbujące wyjaśnić w jaki sposób gołąb prowadzi nawigację podczas lotu. Różne były teorie na ten temat, ale nie nadal żadnej z nich nie udało się udowodnić – mówi Andrzej Szaton.Hodowcy mogą zweryfikować efekty swojej pracy podczas licznych imprez odbywających się  zarówno na szczeblu oddziałowym rejonowym jak i ogólnopolskim. Co dwa lata organizowana jest również Olimpiada Gołębi Pocztowych. Niektórzy decydują się także na wystawienie swoich pupili do startu w innych imprezach międzynarodowych. Osiągnięcie dobrych wyników i utrzymywanie ich na przestrzeni lat jest jednak nie lada wyzwaniem. – Musimy cały czas uczyć się i rozwijać – tak jak w każdej innej dziedzinie. Stojąc w miejscu cofamy się. Staramy się być na bieżąco ze wszystkimi nowinkami. W tym pomaga nam fachowa prasa oraz rozmowy z innymi hodowcami. Jesteśmy jednocześnie hodowcą, trenerem i weterynarzem. To wymaga sporej wiedzy, doświadczenia i umiejętności – mówi hodowca zaznaczając że w tym sporcie, jak w każdym innym zdażają się przypadki dopingu. – Niestety niektórzy decydują się pójść na skróty . Póki co nas to jednak nie dotyczy. W ubiegłym roku skontrolowaliśmy 89 hodowców ze ścisłej czołówki i ku naszej uciesze wyniki były negatywne. Na zachodzie jest jednak inaczej. Dobry hodowca musi swoje gołębie kochać. Jeśli tak jest to na pewno nie będzie go faszerował chemią. Są inne sposoby motywowania gołębi. Zdecydowanie sprzeciwiamy się takim metodom – dodaje.W województwie śląskim jest obecnie 3776 członków zrzeszonych w 36 oddziałach oraz 155 członków honorowych. Jest to najliczniejszy okręg pod względem ilości hodowców w Polsce. Śląscy gołębiarze mogą się również poszczycić sporymi sukcesami. – Na ostatnich Mistrzostwach Świata zdeklasowaliśmy rywali, zdobywając najwięcej złotych medali. Można powiedzieć nieskromnie, że w tej chwili jesteśmy prawdziwą potęgą. Ten sport jest u nas dość popularny. Mimo to sztuka hodowania gołębi zamiera. Większość z nas jest już w sędziwym wieku. Hodowli trzeba poświęcić dużo czasu, a młodzi coraz częściej go nie mają – mówi Andrzej Szaton.Hodowcy starają się zarazić swoją pasją najmłodszych. Organizowane są prelekcje w szkołach i spotkania z hodowcami. Ponadto wstęp na wystawy organizowane przez Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych coraz częściej jest darmowy. – To jest taka zachęta. W ten sposób staramy się propagować sztukę jaką jest hodowanie gołębi pocztowych. Dwukrotnie gościłem u siebie dzieciaki z zerówki. Tłumaczyłem im w prosty sposób na czym to wszystko polega. Pokazywałem też jak przebiega rozwój gołębia od jajka do dorosłego osobnika i opowiadałem różne ciekawostki. Dzieciakom bardzo się podobało. Nawet jeśli uda się zaszczepić tę pasję w jednej osobie, to już uważam to za duży sukces. W moim sąsiedztwie mieszka młody człowiek, który też złapał bakcyla i od kilku lat zajmuje się hodowlą gołębi pocztowych osiągając coraz lepsze efekty. Pomagam mu jeśli tylko tego potrzebuje. Jest to dla mnie budujące. Gdyby nie młodzi, sztuka hodowania gołębi w krótkim czasie prawdopodobnie zostałaby zapomniana – przyznaje hodowca.Dawniej gołębie pocztowe hodowano głównie na strychach familoków i kamienic lub na ogródkach działkowych. Dziś pod presją lokatorów, coraz częściej zabrania się tego. Niebagatelny wpływ na taki stan rzeczy miała epidemia ptasiej grypy w 2006 roku. W kraju wybuchnęła panika, a ludzie zaczęli krytycznie spoglądać na hodowców. – Cała afera wokół ptasiej grypy była zdecydowanie na wyrost. Przypadki zachorowań były bardzo rzadkie. Na prawdę trudno się zarazić. Każdego roku znacznie więcej osób umiera na ludzką odmianę grypy. Ponadto udowodniono naukowo, że gołębie nie mogą być nosicielami wirusa. Te fakty nie przemawiają jednak do nikogo. Z tego powodu gołębiarze musieli się przenieść na ogródki działkowe lub hodować we własnych domkach jednorodzinnych, ale nawet to nie załatwiło sprawy. Nadal napotykamy trudności – żali się hodowca zaznaczając, że do niedawna gołębiarze nie musieli się zmagać z tego typu problemami. – Gołębie pocztowe interesowały mnie od najmłodszych lat. Zaczęło się od tego, że sąsiad miał hodowlę na swoim ogródku. Wtedy nikomu to nie przeszkadzało. Jako kilkuletni chłopak już biegałem, żeby obserwować ich zachowanie. W wieku 12 lat udało mi się przekonać rodziców do zakupu kilku sztuk. Cztery lata później zapisałem się do Polskiego Związku Hodowli Gołębi Pocztowych. Pasja pozostała do dziś, mimo że zajmuję się tym już 44 lata. Nie wyobrażam sobie życia bez gołębi – mówi Andrzej Szaton.