Zaznacz stronę

Aktorstwa nie miałem w planach. Przyznam, że zupełnie nie miałem zamiaru zostać aktorem; ani mnie to nie ciągnęło, ani specjalnie nie interesowało – mówi Jerzy Cnota, lat 71, chorzowianin, świetny aktor, znany m.in. ze słynnego „Janosika” i filmów Kazimierza Kutza. Ślązacy nakręcili właśnie o nim fabularyzowany dokument, zatytułowany po prostu „Cnota”. Urodził się w Jastrzębiu-Zdroju, jego dom rodzinny do dzisiaj stoi między blokami górniczego miasta. Już jako kilkulatek przeprowadził się z rodzicami do Chorzowa, bo jego tata dostał robotę w tym mieście. – Miałem siedem lat, dwa miesiące chodziłem do szkoły w Jastrzębiu, potem już w Chorzowie – wspomina Jerzy Cnota.Skończył III LO im. Stefana Batorego. – W roku 1960 zdałem maturę i złożyłem podanie o przyjęcie na Uniwersytet Jagielloński, jednakże wtedy mój ojciec stwierdził, że jeśli mam studiować, to muszę zacząć na siebie zarabiać, a ponieważ w tamtym okresie na Śląsku nie było dobrej sytuacji ekonomicznej, zatrudniłem się w hucie. Pracowałem w niej rok i kilka miesięcy, po czym odłożyłem parę złotych i za namową mojego profesora z liceum podszedłem do egzaminów na rusycystykę w WSP. Dostałem się, a pobyt na wydziale wspominam jako wspaniałą lekcję życia. Uczyli nas naukowcy, ludzie wybitni i niezwykli – wspomina w rozmowie z Marcinem Kanią, zamieszczonej w piśmie „Konspekt” Akademii Pedagogicznej w Krakowie.Początkowo myślał o prawie, ale, jak mówi, prawnicy nie mieli wówczas dobrego czasu. W Krakowie trafił do Piwnicy pod Baranami. Przez kilka lat śpiewał tam zakazane ruskie piosenki. – To były fajne czasy, występowali tam Demarczyk, Święcicki. Dziś nadal Piwnica istnieje, ale tak na pokaz – opowiada. Wtedy przedstawienia trwały do 3,4 nad ranem. Po nich wszyscy udawali się do Skrzyneckiego. – Za zarobione pieniądze robiło się ściepkę na alkohol, szło się na metę i piło do białego rana. Do Piotra wchodziło się przez okno, mieszkał u koleżanki artystki – wspomina po latach.  Mówi, że do filmu wynalazł go Kazimierz Kutz. Wiesław Dymny, przyjaciel Cnoty, powiedział kiedyś do Kutza: „Ty, kumie, ja mam takiego chłopaka tutaj, co tam czasami śpiewał, po rusku Wysockiego, po włosku Buscalione”. – Poznałem go kiedy szukałem aktorów do „Soli ziemi czarnej”. Kompletowałem Ślązaków. Szukałem ludzi nie tylko posługujących się gwarą, ale mających również ten wdzięk, posturę – mówi Kazimierz Kutz. Serial „Janosik”, twierdzi dzisiaj, był jego przekleństwem. Bo chociaż ma na koncie ponad 60 filmów kinowych i telewizyjnych, to kojarzony jest przede wszystkim ze Zbójnikiem Gąsiorem. Ale też była to dla niego olbrzymia przygoda. – Scenariusz napisany był prawie jak dramat historyczny, zatem musieliśmy na poczekaniu wymyślać wszystkie anegdoty i żarty. Zakopane wręcz huczało. Nasza ekipa miała około dwustu ludzi, opanowaliśmy wtedy na dziesięć miesięcy pół miasta, a potem na cztery miesiące wyjechaliśmy do Pragi, gdzie mieliśmy większe możliwości z tej prostej racji, że Czesi posiadali większe studia filmowe. Ale na premierze filmowej wersji w Zakopanem musieliśmy uciekać przez okna, ponieważ zarzucano nam, że nie mówimy gwarą góralską – wspominał po latach w „Konspekcie”.Tabloidy wspominają do dzisiaj, że w „Janosiku” miał pecha. Miał imieniny, więc z kilkoma chłopakami z planu poszli do baru. Jeden z kolegów poprosił go o pożyczenie tysiąca złotych. Cnota dał pieniądze, kolega zniknął. Okazało się, że dostał od kogoś. „Nie wiem od kogo, może od takich dwóch cichociemnych, co chcieli go oskubać, a może od bokserów, którzy też mieli bankiet. Oczywiście padło na mnie. Że to ja z Marianem Łączem go pobiliśmy i dla przykładu to mnie trzeba z planu filmowego wyrzucić. Nie wyrzucono, bo wstawili się za mną kierownik hotelu i montażystka… A Passendorfer później mnie przeprosił” – mówił po latach w jednym z wywiadów.- Mieliśmy po 30 lat, a Zakopane to była atrakcyjna miejscowość. Jak wchodziliśmy do baru, orkiestra grała „dla sympatycznych panów z Janosika” – dodaje w filmie dokumentalnym.Nie zdążył się ożenić, a na jesień życia wrócił do Chorzowa. Dzisiaj grywa w niezależnych filmach, to właśnie Klub Filmu Niezależnego z Rybnika zrealizował o nim dokument. – Cnota to taki węzeł: chude to, wyraziste, osobowość i talent. Miał swoje pięć minut we wszystkich filmach o tematyce śląskiej Kazimierza Kutza i w góralskim serialu. Z drugiej strony to utracjusz, hulaka, nie miał szacunku do pieniądza, miał wielu przyjaciół, którzy to wykorzystywali… – podsumowuje Bernard Krawczyk, jeden z wielu jego kolegów z planu. Antoni Strzelecki