Zaznacz stronę

Rynek autografów rozwija się od dawna, szczególnie na Wyspach Brytyjskich oraz za oceanem. W Polsce dopiero raczkuje, ale już dziś warto postawić na to interesujące hobby. O kolekcjonowaniu podpisów rozmawiamy z Markiem Węgorzewskim, jednym z najpoważniejszych zbieraczy autografów w Polsce, który zawodowo zajmuje się powadzeniem… Salonu Prasowego w Knurowie.Czy swój zbiór traktujesz jako inwestycję, lokatę na przyszłość?To moje hobby, więc jadąc na spotkanie ze znanym aktorem, muzykiem czy sportowcem, nie myślę o tym, ile jest warty jego podpis. Chcę go mieć w kolekcji, bo go lubię, albo osiągnął jakieś sukcesy lub dokonał czegoś niezwykłego. Mam wiele podpisów osób, które szerzej nie są znane, a pomimo to mają dla mnie ogromną wartość – np. Edna Parker, która od sierpnia  2007 r. do śmierci w listopadzie 2008 roku uznawana była za najstarszą kobietę świata, Sir Nicholas Winton, który podczas wojny ocalił  669 dzieci, Doris Black – kobieta, która uszyła flagę USA postawioną przez Neila Armstronga na powierzchni Księżyca, czy spotkany osobiście w okolicach dworca PKP w Katowicach bezdomny Hubert H., który został aresztowany za obrazę prezydenta Kaczyńskiego. Kolekcja może być lokatą na przyszłość. Widzę to na przykładzie oryginalnego autografu papieża Jana Pawła II. Już kilka lat po śmierci otrzymałem propozycję sprzedaży tego podpisu za kilkaset złotych. Po ogłoszeniu Jana Pawła II błogosławionym skontaktował się ze mną pewien czeski kolekcjoner i proponował ok. 5 tys. złotych, więc wartość podpisu cały czas rośnie.Jak zdobyłeś podpis Jana Pawła II? Było to prawie niemożliwe!W 2008 roku na moją prośbę o autograf odpowiedział Art Mahan, wówczas 95-letni,  jeden z najstarszych żyjących baseballistów. Oprócz swojego zdjęcia z autografem dołączył fotkę z oryginalnym autografem… Jana Pawła II. W liście wyjaśnił, że podczas pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Stanów Zjednoczonych w 1979 r. jego syn Ed pracował jako fotograf w lokalnej gazecie. Zdjęcie, które otrzymałem, zostało wykonane przez Eda Mahana 3 października 1979 r. Podczas spotkania z Papieżem w Rzymie w 1981 r. poproszono Ojca Świętego o złożenie autografów na kilku zdjęciach. Jan Paweł II podpisał dwa. Mahan napisał, byłem pierwszym Polakiem, który wysłał do niego prośbę o autograf, i w związku z tym postanowił ofiarować mi jedno ze zdjęć papieża! To dla mnie jeden z bardziej unikatowych autografów w kolekcji, nie tylko ze względu na osobę Papieża, ale przede wszystkim na to, że otrzymałem go od osoby, która na pierwszy rzut oka nie miała nic wspólnego z Janem Pawłem II.Czy kolekcjonerzy autografów to hobbyści czy też sprytni handlarze, którzy z tego żyją?Znam wielu kolekcjonerów hobbystów, których cenię i szanuję, natomiast jest też wielu pseudokolekcjonerów, ludzi, którzy nie traktują zbierania autografów jako pasję, lecz zarobek. Poznać ich po niezliczonej ilości zdjęć, które pchają do podpisu. Niestety ich zachowanie niszczy opinię kolekcjonerom.Czy polski rynek kiedyś tak się rozwinie, że autografy będą rzeczywiście miały dużą wartość?W Polsce kolekcjonerów z dużym stażem jest kilkudziesięciu. Dla większości autograf ma wartość tylko wtedy, gdy zdobędą go osobiście, część kolekcjonerów ma zasadę, że nie sprzedaje i nie kupuje autografów. Jest dużo kolekcjonerów sezonowych, którzy po 2-3 latach nudzą się tym hobby i sprzedają kolekcję za bezcen. Inaczej wygląda rynek amerykański – tam autografy to prawdziwa żyła złota. Podpisy Elvisa Presleya, Marilyn Monroe czy Beatlesów posiadające certyfikat autentyczności mogą okazać się niczym „szóstka” w Totka. Dużym zainteresowaniem cieszą się tam baseballiści. Kiedyś odwiedził mnie znajomy Irlandczyk, który kilkanaście lat życia spędził w USA. Przeglądając moją kolekcję, w pewnym momencie na widok podpisanej karty Stana Musiala krzyknął z zachwytu. Powiedział, że w USA taki podpis jest warty co najmniej kilkaset dolarów.Od kiedy zbierasz autografy?Pierwszy autograf otrzymałem 12 lutego 1992 r. Był to podpis Jana Furtoka, wtedy piłkarza HSV Hamburg. Miałem osiem lat i jak każdy dzieciak interesowałem się piłką nożną. W jednej z niemieckich gazet znalazłem sylwetkę doskonale mi znanego Jana Furtoka, wówczas jednego z najlepszych polskich piłkarzy. Na końcu artykułu był akapit zatytułowany „autogramm”. Nie wiedziałem o co chodzi, więc poszedłem do babci, która wytłumaczyła mi, że jak się wyśle list to dostanie się podpis piłkarza. Tak zrobiłem i po około miesiącu przyszła odpowiedź. Później zacząłem wysyłać listy do kolejnych piłkarzy, w 1999 r. poszerzyłem swoje zainteresowania o inne dziedziny życia. Dziś mam ok. 16 tysięcy autografów. Pierwszym autografem zdobytym osobiście był podpis Ireny Kwiatkowskiej. Aktorka przyjechała na wypoczynek do Kudowy-Zdroju i przebywała w tym samym hotelu, co ja z rodziną. Na któryś z obiadów zabrałem swój pamiętnik i gdy pani Irena wychodziła z jadalni, poprosiłem ją o autograf.Osobiste zdobywanie autografów jest chyba najciekawsze?Każde osobiste polowanie jest przygodą. Nigdy nie zapomnę jak w Katowicach biegłem od ulicy Dworcowej aż pod Spodek za busikiem Jeana Michaela Jarre’a. Zamierzałem polować na niego pod hotelem, ale gdy przyszedłem na miejsce okazało się, że minutę wcześniej wyszedł i siedzi w busie. Zdążyłem tylko zapytać ochroniarza dokąd jedzie i nie zastanawiając się ruszyłem pod Spodek. Dobiegłem tam równo z przyjazdem artysty. Gdy opowiedziałem Jarre’owi, że biegłem taki kawał drogi, nie chciał uwierzyć. Bez problemu podpisał moje materiały i zgodził się na zdjęcia.Ale z listami do gwiazd też bywa podobno zabawnie.Śmieszna przygoda zdarzyła mi się w 2002 roku. Była wtedy napięta sytuacja z wąglikiem i pewnego dnia zostałem wezwany na pocztę. Pani z poczty, ubrała gumowe rękawice, pokazała mi list, pytając czy spodziewam się takiej przesyłki z Holandii.  Opowiedziałem jej, że jestem kolekcjonerem autografów i z Holandii spodziewam się przynajmniej kilkunastu odpowiedzi. Kazała mi powoli otworzyć list. Okazało się, że jeden z holenderskich dziennikarzy wysłał mi gumowe żelki firmujące jego stację TV!Jak odbierają cię ludzie? Masz trzydziestkę, prowadzisz biznes!Gdy nie miałem własnych funduszy, rodzice i dziadkowie fundowali listy, jeździli ze mną na spotkania czy koncerty. Niektórzy podziwiają i gratulują pasji czy zbiorów, inni patrzą jakbym był niepoważny. Denerwują mnie pytania: po co ci to? albo:  co z tym będzie? Gdy opowiadałem znajomym, że na autografy Scorpionsów czekałem pod hotelem ponad sześć godzin na mrozie, to ktoś powiedział, że trzeba być niezłym świrem, żeby tyle czasu stać na dworze z powodu jakiś bohomazów. Ktoś inny pytał mnie czy wiem ile pieniędzy „zmarnowałem” na to hobby. Na takie „zarzuty” odpowiadam, że to moja pasja i tak jak ktoś może cały dzień spędzić tańcząc na parkiecie, siedząc z wędką nad wodą czy na siłowni, tak ja mogę stać pod hotelem czy teatrem i czekać na podpis. Autografy to mój największy nałóg. Nie wyobrażam sobie dnia, bez sprawdzenia pocztowej skrzynki, poszukiwania informacji o występach czy wizytach znanych osób w regionie. A co z tego mam? Satysfakcję i świadomość, że najwięksi tego świata poświęcili mi choć chwilkę swojego życia. Przecież taki Fidel Castro, Diego Maradona czy Woody Allen musieli przeznaczyć dla mnie kilka sekund, żeby złożyć podpis.Rozmawiał: Antoni Strzlecki